baner low

Zmagania z chorobą mają wiele twarzy. Każda historia to inne życie. Łączą je łzy, radość, ból, zaskoczenie, smutek, bezsilność, nadzieja, wiara, determinacja, rezygnacja, walka... Cały wachlarz uczuć, doznań i działań. Poznaj osoby, które już wygrały i te, które wciąż walczą.

Jeśli i Ty masz swoja historię, którą chcesz się z nami podzielić - napisz do nas Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Zaznacz, czy wyrażasz zgodę na publikację jej na naszej stronie i nie zapomnij załączyć zdjęć.

ALICJA - RAK PIERSI

Mam na imię Alicja. W 2010 roku zachorowałam na raka piersi. Zaskoczył mnie w 48 roku życia. Wydawało mi się, że kto, jak kto, ale JA na "to" nie zachoruję. W ogóle rak i ja to para nie do pomyślenia. A jednak. Nie miałam kogo spytać o cokolwiek. Chociażby o to, co zabrać ze sobą do szpitala, jak się przygotować do operacji. Nie zdecydowałam się szukać w Internecie, bo wydawało mi się, że tam znajdę informacje, które tylko bardziej mnie „zdołują”. Po operacji i w czasie dalszego leczenia – chemio -, radio – i hormonoterapii też brakowało mi kogoś, kto przeszedł podobną drogę. Byłam osobą raczej zamkniętą w sobie i trudno nawiązującą kontakty. Miałam wsparcie rodziny, przyjaciółki i znajomych, ale brakowało mi rozmowy z kimś, kto ma pełną świadomość tego, przez co przeszłam. I któregoś dnia zdarzyło się coś. Na Facebooku skomentowałam jakiś wpis Fundacji Rak'n'Roll o spotkaniu z psychoonkologiem. Jeszcze tego samego dnia dostałam zaproszenie od nieznajomej. Trochę mnie to zdziwiło, ale sprawdziłam, kto to jest. I tak dzięki jednemu komentarzowi poznałam grupę wspaniałych, szalonych dziewczyn! Osobą zapraszającą była Ania Kupiecka, która założyła tajną grupę „Fakraczki”. Początkowo wchodziłam na stronę i tylko czytałam posty i komentarze. Przekonałam się, ile cudownej energii jest w tych dziewczynach po, czasami, ciężkich przejściach z Panem R. Mimo to, a może właśnie dlatego czerpały z życia całymi garściami. Nie przejmowały się głupotkami i drobiazgami. Kiedy trzeba było udzielały wsparcia, kiedy indziej radziły, gdzie szukać pomocy, „stawiały do pionu” te, które akurat miały chandrę albo gorzej się poczuły. Po jakimś czasie sama włączałam się do rozmów. Mam też za sobą spotkanie osobiste. Jestem szczęśliwa, że mogłam poznać te niesamowite dziewczyny.
Teraz Ania zrobiła kolejny krok i założyła fundację Onkocafe. Myślę, że takie właśnie wsparcie jest ważne dla kogoś, kto został postawiony przed faktem spotkania z Panem R. Aniu, jesteś wielka. Dziękuję.

MAŁGORZATA - RAK PIERSI

Mam na imię Małgorzata. Pamiętam to jak dziś 11.10.2011. Diagnoza rak niezłośliwy sutka, po biopsji gruboigłowej usłyszałam rak złośliwy sutka. Sto myśli na minutę. Ile pożyję, co z chłopakiem, z córką i marzeniami, choć nie miałam ich wiele. Wyszłam od lekarza jak w hipnozie, nic do mnie nie dochodziło. Szłam ulicą i myślałam dlaczego ja. Jestem młoda, całe życie przede mną. Przyszłam do domu, siadłam przed Skypem, bo mój partner był zagranicą, i powiedziałam mu na spokojnie. Od razu zabukował bilet i za 2 dni był już z nami. Codziennie płakałam wieczorami, bo w dzień musiałam być silna dla córki i nie pokazywać jej moich łez, ale niekiedy się nie dało. To było silniejsze ode mnie. Zamykałam się w łazience i wyłam.

Pierwsza chemia czerwona podana była 23.12.2011 r. Nie było tak źle, włosy leciały, ale ja wmawiałam sobie, że tak musi, bo żeby być zdrowa muszę dać radę. Troszkę łez poleciało przy ścięciu bo miałam włosy do ramion, ale córka mnie pocieszała, a partner golił. Chemię przeszłam dobrze, mało skutków ubocznych. Oczywiście chemie przepracowałam, nie chciałam siedzieć w domu. Dałam rade.
08.05.2012 – operacja. Całkowite usuniecie lewej piersi. Strasznie się bałam, ale narkozy czy się obudzę, bo nigdy operacji nie miałam i bałam się bólu po operacji. Ale bólu nie było. Wszystko przebiegło dobrze. Cieszyłam się.

A jeszcze w trakcie badań na onkologii znaleźli zmiany na wątrobie i guzka na tarczycy. Załamałam się, ale po chemii było już czysto.
Pod koniec sierpnia zaczęłam radioterapie: 25 naświetlań. Troszkę źle ją zniosłam. Już na ostatnie lampy nie chciałam iść, ale dałam radę, choć ciężko było.
Znajomi mi mówili, że złego diabli nie bierze i mieli rację. 8 maja 2014 minęły 2 lata od operacji. Jestem na razie czysta, cieszę się życiem, rodziną. Jak mogę poświęcam córce dużo czasu. Dużo rozmawiamy o mojej chorobie.
Do dziś chodzę do lekarzy, jak zahipnotyzowana. Nic do mnie nie dochodzi.
A w sierpniu 2013 roku mój partner mi się oświadczył. Byłam najszczęśliwsza.
Dziś cieszę się życiem i doszło do mnie, że nic nie jest warte tak, jak zdrowie człowieka. Zaczęłam dostrzegać najdrobniejsze rzeczy, których kiedyś nie zauważałam.
I TAKA OTO JEST MOJA HISTORIA W SKRÓCIE.

MAGDA - RAK PIERSI

Mam na imię Magda. W listopadzie 2011 roku zdiagnozowano u mnie raka piersi. Trudno pisać o samym momencie diagnozy. Momencie, do którego człowiek cały czas powtarza sobie, że nic złego się nie dzieje, że wyszukany guz nie oznacza nic złego. Chociaż może jeszcze kilka dni po łudzi się, że to jakaś pomyłka i za moment ktoś zadzwoni, sprostuje ją i ominie nas to całe zło, które ona za sobą niesie. Nie zadzwonił…

Ale cofnę się jeszcze do czasu przed szpitalem i chemią… trudny, w pracy wiele konfliktów, zachowania klasyfikowane przeze mnie bezdyskusyjnie jako „świńskie”. Gdy opowiedziałam się za ludźmi, którzy zachowali według mnie poczucie moralności w tym wszystkim rozejście się dróg z moją wieloletnia przyjaciółką i oskarżenie mnie o „nielojalność”. Teraz, z perspektywy tych trzech lat myślę, że choroba przyszła paradoksalnie po to, aby w moim życiu została zachowana równowaga, równowaga wiary w ludzi. Przyniosła mi znajomość z wieloma ludźmi bezdyskusyjnie tym razem wspaniałymi, zarówno z sąsiednich szpitalnych łóżek jak i z personelu szpitalnego i lekarzy.

Opiszę wam jedną ze śmieszniejszych historii. Trafiłam we Wrocławiu na jedne z warsztatów organizowanych przez Fundację Magdy Prokopowicz „Ciało też by chciało”. Bawiłyśmy się tam setnie, piękniałyśmy w oczach, a na sam koniec przymierzałyśmy całe kopy peruk. Perukę z długimi lokami a’la Magda Gessler przymierzyłam na końcu i tylko dla hecy, ale w momencie, gdy zbiegły się wszystkie fryzjerki i pan fryzjer (pozdrawiam gorąco Candy Studio we Wrocławiu) i zaczęły chwalić jak dobrze w niej wyglądam sama zaczęłam się sobie podobać. Był to jednak duży wydatek (500 zł), nie miałabym już refundacji z NFZ gdyż kilka miesięcy wcześniej zaopatrzyłam się już w „drugie włosy”, więc zrobiłam tylko kilka fotek i odłożyłam ją na miejsce. Jedno ze zdjęć wysłałam koleżankom z pracy. Moje kochane „wariatki” zanim zdążyłam wrócić z Wrocławia zorganizowały już akcję, zebrały potrzebna kwotę i przymusiły mnie, abym po kolejnej chemii pojechała i kupiła one loki. Chodziłam w nich długo, wiele osób zaczepiało mnie na ulicy i w sklepach mówiąc jakie mam piękne włosy i to w momencie gdy byłam łysa jak kolano. Ale bardzo poprawiało mi to samopoczucie.

Ludzie, jesteście bardzo ważni dla chorych i bardzo wiele możecie pomóc, nie tylko ci także zmagający się z chorobą, którzy rozumieją, bo sami przez to przechodzą, ale wszyscy. Nie bójcie się, że nie będziecie wiedzieli co powiedzieć, co zrobić... będziecie, na pewno będziecie. Pozdrawiam serdecznie wszystkich i życzę zdrowia i wiele radości w życiu.

MARIA - RAK PIERSI

Mam na imię Maria. Kiedyś zastanawiałam się, czy istnieje życie po raku?

"Ładnie wyglądasz", "piękniejesz z dnia na dzień", "zmieniłaś się na lepsze". W normalnej sytuacji takie komplementy byłyby normalnością, ale w moim przypadku cieszę się bardzo z takich słów. Dlaczego? Otóż od pięciu miesięcy nieoczekiwanie dla wszystkich "zasiliłam" szeregi Amazonek.

W moim przypadku nie było życia z rakiem, jest tylko życie po raku. Odpukać, ale wierzę, że zdążyłam przed najgorszym i teraz już będzie coraz lepiej. Tym listem zwracam się z prośbą do wszystkich dziewczyn i kobiet - róbcie badania nawet, gdy nic nie zauważyłyście w swoich piersiach.

Do dnia 25 czerwca 2004 roku nie byłam chora na raka. Tego dnia miałam operację, a badanie śródoperacyjne wykazało nowotwór złośliwy. Jak do tego doszło? Od kilku lat chorowałam na osteoporozę. W związku z tym stosowałam hormonalną terapię zastępczą. Mając pięćdziesiąt lat (sześć lat temu) po raz pierwszy miałam zrobioną mammografię i usg. Na ich podstawie stwierdzono w obu piersiach mikrozwapnienia. Dostałam jednak skierowanie do onkologa. Byłam przerażona gdyż myślałam, że mam raka.
Gdy zgłosiłam się do Poradni w Wielkopolskim Centrum Onkologicznym w Poznaniu stwierdzono, że to nic groźnego, ale od tego czasu, co pół roku musiałam się zgłaszać do kontroli, a raz na rok miałam mieć robioną mammografię i usg. Przez dwa lata nic się nie działo. Jednak dla pewności, chcąc sprawdzić czy te moje zwapnienia nie są złośliwe, zrobiono mi biopsję mammotomiczną. Dalej jeździłam na kontrolne badania, które się nie zmieniały. Pilnowałam terminów, a że nic się nie działo, byłam spokojna. Jednak w grudniu 2003 roku inny lekarz, który mnie przyjmował, skierował mnie na kolejną biopsję. Po dwóch tygodniach, gdy z wynikiem zgłosiłam się do lekarza okazało się, że wszystko jest bez zmian. Nic się nie dzieje. Spokojna wróciłam do domu. Termin wizyty kontrolnej wyznaczono na czerwiec 2004. Na maj miałam wyznaczony termin badań kontrolnych na osteoporozę. Dwa dni przed wyznaczonym terminem zdecydowałam, że umówię się także na kontrolne badanie w WCO. Intuicja, przeczucie?! Lekarz badający moje piersi od razu zauważył, że coś jest nie tak w wyglądzie mojej lewej piersi. Prawdę powiedziawszy ja sama zauważyłam, że w miejscu gdzie miałam robioną biopsję, mam wklęśnięcie przy brodawce. Od razu dostałam skierowanie na mammografię i usg. Już po tygodniu z wynikiem badań zgłosiłam się do lekarza. Mimo, że wyniki nic poważnego nie wykazały, zostałam skierowana na biopsję. Po tygodniu znowu znalazłam się w Poradni. Wynik już był i pierwsze, co zrobił lekarz, to wyznaczył mi datę przyjęcia do szpitala. Od razu dowiedziałam się, że będę miała badanie śródoperacyjne. Nie pamiętam jak wróciłam do domu. Byłam przerażona. Moja wyobraźnia szalała: od skrajności, czyli rak i amputacja, do operacji oszczędzającej. Było mi o tyle gorzej, że jestem osobą samotną, a bałam się Rodzinie powiedzieć, co się stało. Wreszcie musiałam Im powiedzieć. Byli zszokowani. Jak to się stało, że ja rzadko narzekająca na zdrowie, radząca sobie sama we wszystkich sprawach, tak nagle mam iść do szpitala? Ale stało się i już pod koniec czerwca 2004 roku znalazłam się na sześcioosobowej sali w szpitalu WCO. Pierwsze, co zobaczyłam to Panią w chusteczce na głowie, wykonującą dziwne ruchy jedną ręką. Druga Pani tego dnia miała operację amputacji piersi, pod ręką miała dziwną poduszkę. Byłam przerażona. Z rozmów dowiedziałam się, że Pani w chusteczce na głowie jest w trakcie chemioterapii, a ręką ćwiczyła "wkręcanie żaróweczki". Dziwna poduszka to klin, z którym nie będzie można się już rozstać przez następne lata, tak jak z dobrym przyjacielem. Pierwszy obchód lekarski przebiegł dla mnie bardzo pomyślnie. Na podstawie moich wyników zostałam zakwalifikowana jako łagodna. Jednak, aby być pewnym, będę miała badanie śródoperacyjne. Moje współtowarzyszki "niedoli" stwierdziły, że ze mną nie ma co rozmawiać na temat raka i każde moje pytanie zamieniały w żart. Mimo woli trochę z ich rozmów do mnie dotarło. Po kilku dniach nadszedł mój czas. Z uśmiechem na twarzy "odjechałam" na salę operacyjną. Po chwili już spałam. Gdy mnie budzono miałam pretensję, że mnie budzą. Jednak okazało się, że już jest po operacji. Gdy mnie przywieziono na moją salę, pierwsze, co zobaczyłam to klin leżący na łóżku. Wiedziałam już, co to znaczy, lecz moja świadomość tego nie chciała przyjąć. Na sali była cisza. Dla wszystkich Pań był to szok. Całe szczęście przespałam prawie cały dzień. Gdy Rodzina zadzwoniła, byłam w stanie powiedzieć tylko "nie mam". Koleżanki też wystraszone zaistniałą sytuacją, były bardzo wyciszone. Dopiero wieczorem, gdy doszłam jakoś do siebie, zaczęłyśmy rozmawiać. Pokazały jak posługiwać się klinem, jak dalej żyć. Następny dzień już był lepszy, rozmawiałyśmy wszystkie o naszej chorobie. Właściwie to nie o chorobie, bo przecież raka nam wycięto. Najtrudniejszy był trzeci dzień, załamałam się. Bałam się spotkania z Rodziną, nie wiedziałam jak mam z nimi rozmawiać. Gdy przyjechali, pociekły łzy. Po chwili, wzmocniona rozmowami z koleżankami, ze spokojem opowiedziałam, co się stało. Później przyznali się, że z wielkim strachem jechali do mnie, ale wracali już spokojniejsi. Zobaczyli, że się nie załamałam, że potrafię żartować, śmiać się. Przez następne dni było już coraz lepiej. Tym bardziej, gdy dowiedziałam się od lekarza, że mój rak był usytuowany bardzo głęboko i żadne dodatkowe badanie nie wykazałoby nowotworu. Jak powiedział, było to szczęście w nieszczęściu, że tak szybko lekarz skierował mnie na zabieg. Rana goiła się dobrze, zaczęłam chodzić na masaże i gimnastykę. Było coraz lepiej i ja psychicznie dochodziłam do normalności. W naszej sali słychać było śmiech i żarty. Lekarze wchodząc na obchód, widząc nas uśmiechnięte, zadawali tylko pytanie, czy wszystko dobrze, czy mamy jakieś pytania Wreszcie powrót do domu. Gdy wróciłam, zaraz wyszłam do miasta. Mimo że nie miałam protezy. Wypchałam stanik gazą i z "piersią do przodu" paradowałam przez miasto. I całe szczęście, że wyszłam, bo na mój temat krążyły już bardzo dramatyczne opowieści. Pierwsza kontrola wypadła dobrze, otrzymałam skierowanie na protezę i wracałam do domu z nową piersią. Od tej chwili chodziłam po mieście pewniejsza, w nowych bluzkach, które kupiłam na poprawę humoru. Po dwóch kolejnych tygodniach, kolejna wizyta kontrolna i odebranie wyniku. Jechałam jak na ścięcie. Lekarzowi powiedziałam, że przyjechałam na ścięcie lub odroczenie. Okazało się, że było odroczenie. Wynik był dobry, choć był to nowotwór złośliwy, ale jeszcze nie zdążył się rozprzestrzenić poprzez węzły chłonne. Jednak ze względu na wiek /pięćdziesiąt sześć lat/ oraz profilaktycznie, otrzymałam chemię. Bałam się, ale cóż nie robi się dla zdrowia. Moja chemia jest łagodna. Kroplówka trwa tylko około piętnastu minut. Różnie się czuję. Raz tryskam humorem i energią, ale teraz, gdy zbliża się już końcówka, jest trochę gorzej. Właśnie teraz jestem przed ostatnią /odpukać/ podwójną serią. Boję się, bo zaczynam "wysiadać". Zawsze byłam taką "Zosią Samosią". Teraz potrafię prosić o pomoc. Ze śmiechem reaguję na różne problemy. Cóż to jest w porównaniu z tym, co przeszłam. Już latem, po miesiącu od przyjścia ze szpitala, pojechałam samochodem do lasu na kilka dni. Mieszkałam w przyczepie i było cudownie. Paradowałam w bluzkach bez rękawów i wszyscy mówili, że wyglądam rewelacyjnie. Wprost tryskam zdrowiem. Po następnym miesiącu wyjechałam na wycieczkę nad morze. Chodziłam w bluzce bez rękawów z dość dużym dekoltem. Mój lekarz prowadzący i operujący wykonał cięcie, którego nie widać w takich bluzkach. Ponadto wieczorem dosłownie szalałam na dyskotece. Od września 2005 roku wróciłam do pracy. Nie opuszczam żadnej imprezy, jeżeli przypada w trzytygodniowej przerwie pomiędzy kolejnymi chemiami. Właśnie "zaliczyłam" dwie zabawy Andrzejkowe. Czuję się dobrze. Zażywam witaminy, piję zioła, zmieniłam jadłospis: dużo warzyw, owoców. Odświeżam garderobę, kupuję to, co mi się podoba. Bardziej dbam o siebie, stąd te komplementy. Kupiłam komputer, zakładam Internet. Rodzina żartuje, że robię się "światowa". To jest moja terapia na raka. Cieszę się z każdego dnia. Chodzę na masaże, robię gimnastykę w domu. Nieraz zapominam, że miałam raka. Przypominam sobie codziennie rano, gdy wkładam stanik z protezą. Tak prawdę powiedziawszy, robię to już odruchowo. Gdy już wydobrzeję po chemioterapii i lekarz wyrazi zgodę, może pomyślę o rekonstrukcji piersi. Na razie dziękuję lekarzom z WCO w Poznaniu za podjętą decyzję, opiekę i uratowanie mi życia. Nie mam piersi, ale żyję "pełną piersią" Pozdrawiam wszystkie Amazonki.

napisane pół roku później…

25 czerwca 2006 roku będę obchodziła drugą rocznicę powrotu do zdrowia. Swoją opowieść o życiu po raku zakończyłam przed końcem leczenia. Tak jak przypuszczałam, było coraz gorzej. Przy piątej serii chemii, mimo że wiedziałam z opowieści innych Pań, że będzie coraz gorzej tzn., że organizm wcześniej niż te sześć godzin zabezpieczenia zareaguje na chemię, ja taka bohaterka zignorowałam to. Jedyne, co zrobiłam, to nie pojechałam sama pociągiem, ale z bratem i bratową samochodem. Przyjechali po mnie po chemii i pojechałyśmy z bratową do hipermarketu. Już wtedy wiedziałam, że po chemii mogę jeść (wcześniej się bałam). Zaserwowałam sobie chińszczyznę, której wcześniej nie jadłam – sajgonki. Bardzo dobre. W tym czasie mój brat wrócił do miasta załatwić resztę swoich spraw. Ja czułam się coraz gorzej, właściwie to nie wiedziałam, co się dzieje. Zawsze o tej porze byłam już w domu i po zjedzeniu pizzy już leżałam na tapczanie a obok mój kot Maksiu. A teraz coś było nie tak. Nawet piwo, które lubię mi nie smakowało. Rozpoczęła się gorąca linia telefoniczna do brata. Ja wystraszona, z płaczem na twarzy, przerażona zaistniałą sytuacją, spanikowałam. Prawdę mówiły pielęgniarki, że zabezpieczenie, które otrzymuję starcza tylko na kilka godzin. Wreszcie przyjeżdża brat i wracamy do domu. Całą drogę drzemię, nie mam siły rozmawiać. Gdy przyjeżdżamy pod mój dom, nie chcę, aby zostali. Dziwne, ale gdy weszłam do domu poczułam się bezpieczna, to było moje mieszkanie, w którym w każdej chwili mogłam się położyć, pochodzić, zjeść, wypić. Następny dzień minął bez żadnych niespodzianek. A na trzeci dzień po chemii poszłam do znajomych. Wyszłam z założenia, że zamiast siedzieć samej w domu pójdę się trochę "rozerwać". Jedyne, co zrobiłam, to ograniczyłam napoje alkoholowe. Dobrze zrobiłam, że poszłam, bo w domu – sama - rozmyślałabym o wszystkim, a tak przestałam myśleć o tym, co się stało. Ot, dodatkowe doświadczenie. Następne wyjazdy na chemię to już była podróż samochodem. Zawoził mnie ktoś z rodziny i zaraz powrót do domu. Gdy 7 grudnia 2004 r. brałam ostatnią chemię i usłyszałam, że mam przyjechać w styczniu do kontroli, byłam w siódmym niebie (tak się mówi, choć nie wiem jak to jest). Tak prawdę powiedziawszy, nie mogę narzekać na chemioterapię. Jedyny minus i to bardzo dokuczliwy, to rozwolnienie. No cóż jednym chemia działa na "górę" innym na "dół" organizmu. I mimo brania dobrych tabletek, nieraz zdarzały się "wypadki". Było, minęło. Czułam się dobrze, święta spędziłam na jedzeniu i wypoczynku. W Sylwestra popłakałam się. No, bo uzmysłowiłam sobie, że miałam raka i mogłabym, gdyby nie właściwa diagnoza lekarza, być nieuleczalnie chora, a może już bym …???
To była tylko chwila o północy, reszta upłynęła na tańcach, piciu, swawolach. Nowy Rok zaczął się dobrze, byłam zdrowa, bez żadnych dolegliwości.
Ręka cały czas była masowana przez masażystkę i sama też ją masowałam. Rozpoczął się karnawał. A ja jestem „babka do tańca i do różańca”. Było super do momentu, gdy zauważyłam, że coś się dzieje z ręką. Obrzęk, który się zrobił od dłoni do łokcia, nie chciał zniknąć. Byłam przerażona, było to bardzo widoczne. Sądziłam, że skoro chodzę na masaże, to jest wszystko dobrze. Od końca lutego 2005 roku miałam zapisane masaże, później krioterapia i powtórnie masaże. Zauważyłam, że obrzęk się nie zmniejsza. Gdy w lipcu wyjechałam na obóz, bałam się, że będzie jeszcze gorzej. Tymczasem koleżanka stwierdziła, że opuchlizna jest coraz mniejsza. Codziennie rano i wieczorem sama masowałam rękę i robiłam sobie gimnastykę (tak jak uczono w szpitalu). Gdy wróciłam, znowu zaczęłam chodzić na masaż do masażystki. W tym czasie dowiedziałam się już, że w Poznaniu jest Poradnia Leczenia Obrzęków Limfatycznych. Nie miałam jednak namiarów. Gdy pojechałam na kolejne badanie kontrolne do Centrum Onkologicznego w Poznaniu, poszłam do rehabilitantek prosić o "namiar" na Poradnię. Dostałam numer telefonu bezpośrednio do pani Doktor. I już po miesiącu byłam po pierwszej wizycie i po badaniu Dopplerowskim żył kończyny górnej. Całe szczęście, że było wszystko dobrze, tzn. nie miałam zakrzepicy żylnej. Ale coś za coś. Przez dwa tygodnie codziennie jeździłam do Poznania do Poradni na masowanie i bandażowanie ręki od dłoni aż po pachę. I tu zaskoczenie. Pani robiąca masaż, robiła go inaczej aniżeli dotychczas miałam robiony. Ten masaż trwał prawie pół godziny i polegał na głaskaniu i bardzo lekkim uciskaniu ręki. Zaczynał się od masowania łopatki, następnie od łokcia do ramienia, dłoń i od nadgarstka do łokcia. Po tym wstępnym masażu, masaż całej ręki, od dłoni do ramienia. Nie wolno mi było już samej masować, tylko wieczorem po zdjęciu bandaży, mycie ręki w ziołach ostrożenia. Od kilkudziesięciu lat pracuję społecznie w ZHP oraz od przejścia na rentę a później na emeryturę, w organizacjach emerytów i rencistów. Nie ukrywam, że jestem dość znaną osobą i zabandażowana ręka wzbudzała sensację. Nic więc dziwnego, że gdy mnie zobaczyli pytali: "gdzie znowu łaziłaś i się połamałaś?". Gdy wyjaśniłam dlaczego, wiele osób przekonało się, że po takiej operacji żyje się i to prowadząc taki sam tryb życia jak przed chorobą. Mam nadzieję, że może to przyczyniło się do tego, że Panie poszły na badanie. Gdy po dwóch tygodniach pojechałam na ostatnie bandażowanie, moja ręka nie przypominała już tej sprzed prawie miesiąca. Była szczuplejsza o kilka centymetrów (w jednych miejscach więcej ubyło, w innych mniej). Wiedziałam, że będę musiała nosić rękaw uciskowy od dłoni do ramienia. I właśnie taki rękaw musiałam sobie kupić. Problemy były z założeniem go na rękę. Do dzisiejszego dnia zdarza się, że ucierpi moja broda, bo naciągając rękaw ręka się smyknie i trafia na brodę. Całe szczęście, że jeszcze nie wybiłam sobie moich ostatnich zębów. Noszę już ten rękaw pół roku. Codziennie zakładam rano, a wieczorem zdejmuję. Nie ukrywam, że po zdjęciu nieraz odczuwam ulgę. Teraz, gdy jest ciepło jest to uciążliwe. Wiem już, że będę rękaw nosiła cały czas. Ale w upały muszę sobie jakoś poradzić. Może trochę poszachruję i gdy będzie upał i będę wychodziła na ulicę, to rękaw zdejmę, a po powrocie znowu założę. Najważniejsze, że dłoń jest szczuplejsza, a jak jest zimno to jest mi cieplej, jeden rękaw więcej. Za kilka tygodni jadę do kontroli z ręką i chyba Pani doktor będzie zadowolona. Ćwiczę, sama masuję, myję w ziołach.
Właściwie, to nie mam na co narzekać. Nie ja jedna mam obrzęk, ale jako jedna z niewielu znalazłam pomoc. Teraz wszystkim udzielam rady w tej sprawie. A tak prawdę powiedziawszy, nie mam czasu na rozmyślanie o tym, co było. Jestem społecznicą. Zapisałam się do Klubu Amazonek. Musiało minąć trochę czasu, abym sama zdecydowała, że będzie warto. I nie żałuję. Dwa razy w tygodniu spotykamy się na gimnastyce, po której jest kawa, ciasto (uzupełniamy kalorie). Urządzamy imieniny, grille, wycieczki, wyjazdy do kina, na basen. Wspieramy się i pomagamy sobie w codziennym życiu. Wymieniamy doświadczenia, radzimy jak walczyć o swoje prawa w służbie zdrowia. Ja mam to szczęście, że nie obracam się tylko wśród Amazonek. Działam w innych organizacjach, a przede wszystkim w ZHP. Wyjazdy na zloty, obozy to mój żywioł. Teraz organizuję we wrześniu 2006 roku Wielki Zlot z okazji dziewięćdziesięciolecia harcerstwa na mojej rodzinnej ziemi (jeszcze zorganizuję stulecie!). Mam z tym dużo pracy, ale to lubię. Mam dużo przyjaciół, z którymi się dość często spotykam. I jednego mi bardzo żal. Jestem sama, choć nie samotna. Ale teraz w tym zmaganiu się z chorobą, nie ma mnie kto potrzymać za rękę, zrobić coś do picia, pójść na spacer, pilnować, abym się codziennie gimnastykowała, a przede wszystkim być obok. Wiem, że jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że ominęło mnie ewentualne odrzucenie przez mężczyznę. Ale mimo wszystko, gdy czytam wypowiedzi Amazonek szczęśliwych w życiu rodzinnym, zazdroszczę im. Gdybym wiedziała, (ale kto to wie wcześniej), że tak ułoży się moje życie, może zaryzykowałabym i pozwoliła się uwieść? Ale czy byłabym teraz we dwoje? Tego też nie wiem. Postanowiłam mimo wszystko coś z tym zrobić. W trakcie chemioterapii moja koleżanka powiedziała, że mnie podziwia, gdyż Ona jest za słaba i na pewno nie poradziłaby sobie z tą chorobą. A ja jestem przykładem, że rak to nie wyrok i że jak się chce, to żyje się normalnie, tak jak przed chorobą. A kilka dni temu całkiem obca młoda osoba powiedziała mi, że jestem piękną emerytką a gdy w rozmowie wyszło, że jestem po amputacji, to stwierdziła, że pierwszy raz spotkała osobę, która jest tak pogodna, wesoła i fajna po takiej chorobie. Dla takich słów warto żyć jeszcze długie lata. I tak się stanie, w takim przypadku medycyna jest bezsilna.

Od dwóch lat mam "nowego cycolka"...Nigdy nie mów nigdy...Jestem super zadowolona...Polecam...ale nie czekajcie tak długo jak ja...

**********************************************


JOLA - RAK PIERSI

Jola z tej strony. Diagnozę usłyszałam w listopadzie 2006. Były gorzkie łzy - dlaczego nie zapobiegłam? Nie pytałam <dlaczego ja>?. Następnego dnia otrząsnęłam się, otrzepałam z negatywnych pajęczyn i wziełam się z n i m za bary. Skoro mnie to spotkało, to nie mam wyjścia - muszę stanąć z n i m w szranki. Przez 9 miesięcy życie składało się z trzech okresów 3-tygodniowych. Chemia i 1szy tydzień regeneracji i odchorowanie "drinków", 2gi tydzień pełna mobilizacja i odżywianie organizmu, aby miał siły na przyjęcie następnej chemii, 3ci tydzień: zdrowe odżywianie i psychiczne nastawienie do zbliżającej się dawki lekarstwa. Nie było ono smaczne, ale konieczne. Po 4 miesiącach kroplówek - mastektomia, i nastepne 4 miesiące życiodajnych kropelek.

8 miesięcy leczenia i hormonoterapia. Nie upłynęły 3 lata i przerzut pod drugą pachę : 6 miesięcy kompocików i ponownie hormonoterapia. Niecałe 5 miesięcy oddechu i przerzuty do wątroby. Liczne... Zastosowana agresywna chemia i po 2-ch miesiącach kontrolne badanie. Zmian 100% więcej. Zmiana na inną chemię. W podwójnym składzie: tabletki i kroplówki. Przez 2 lata ta sama, dlatego, że mój organizm świetnie na nią reagował. Stopniowo zmiany zanikały.

Teraz, od ponad roku, jestem <czysta>. Określam to jako przerwa. Nie powiem, że jestem zdrowa, ale cieszę się z tego, co mam. Kiedy zachorowałam zmieniło się moje podejście do świata, do życia. Wykreśliłam złe doświadczenia, a doceniam nawet najmniejsze sukcesy, doceniam uśmiech, jestem pokojowo nastawiona do drugiego człowieka. Wykorzystuję każdy dzień. Spotykają mnie cudne zdarzenia, sympatyczni ludzie.

Niedawno zdarzyła się piękna przygoda - dane mi było polecieć na fantastyczną wycieczkę do Rzymu. W marcu dopisała letnia pogoda. Przeżyłam super chwile. Zrozumiałam: życie potrafi negatywnie zaskakiwać, ale potrafi też pozytywnie. W leczeniu miałam dużo szczęścia, dobrze zniosłam chemię. W czasie tej ostatniej, 2-letniej, nawet włosy zaczęły rosnąć. Dziś mam bujną czuprynę :-) Miałam też dużo szczęścia do lekarzy. I doceniam swoją szczęśliwą gwiazdę. Nie wiem jak długo potrwa <przerwa> i tym bardziej uśmiecham się każdego dnia :-)

Założyłam blog www.ze-skorupiakiem.pl, aby podkreślić swoją radość, również pokazać, że da się z n i m żyć, choć zawsze z tyłu głowy.

JOANNA - RAK PIERSI

Mam na imię Joanna. Na raka piersi zachorowałam w wieku 33 lat.

Od 21 roku życia raz w roku profilaktycznie robiłam sobie usg piersi ponieważ moja Babcia oraz Ciocia (od strony Ojca) chorowały na nowotwór piersi. Mimo to nie uchroniłam się przed rakiem i co dziwne, żadna z nas nie była obciążona genetycznie.
13.04.2011 diagnoza - nowotwór złośliwy. Nie płakałam! Nie zadawałam pytań DLACZEGO JA???? Nie ja pierwsza i NIESTETY nie ostatnia.
Podjęłam decyzję - będę walczyć! Wyjdę z tego i mało tego, przejdę tę chorobę z uśmiechem na twarzy. Operacja, chemio- i radioterapia. Udało się :) Za chwilę będę świętować 3. rocznicę. Nie udałoby się, gdyby nie wsparcie kochanych, otaczających mnie ludzi - Męża, Rodziny, Przyjaciół. Wsparcie i chęć życia to już sukces. Choroba nauczyła mnie pokory, poprzestawiała priorytety i pokazała jaka jestem SILNA. Dzięki chorobie poznałam ogrom cudownych ludzi w realu i wirtualnie, miedzy innymi na Facebooku, gdzie należę do WSPANIAŁEJ grupy Fakraczki, w której się wspieramy każdego dnia.To wspaniałe uczucie być potrzebnym i wspierać potrzebujących.

ANIA - GUZ MIEDNICY MAŁEJ

Mam na imię Ania. W wieku 3 lat rozpoczęłam leczenie na dziecięcym oddziale onkologii w Gdańsku. Rozpoznanie: guz Triton Tumor miednicy małej. W październiku 1997 roku rozpoczęłam walkę o życie. Przeszłam chemioterapię i radioterapię. Przeszłam kilka operacji, niestety guza trzeba było usunąć z narządami, do których przyrastał (pęcherz moczowy oraz narządy kobiece) . W lutym 1999 udało się, zakończyłam leczenie. Przez kolejne lata byłam pod kontrolą onkologów. Kiedy skończyłam 18 lat pożegnałam się ze swoim dotychczasowym onkologiem dziecięcym. Zajęłam się zaliczaniem i poprawianiem ocen w szkole oraz maturą. Niestety tuż po niej okazało się ze mam dużego guza w udzie. Na szybko szukanie onkologa dla dorosłych i leczenie zaczęło się od nowa, tym razem w Warszawie. Znów chemio- i radioterapia, zabieg usunięcia guza i znowu chemia. I tym razem mi się udało zakończyć leczenie pomyślnie. Podczas leczenia w Warszawie bardzo pomagały mi dziewczyny z naszej grypy Fakraczki. To one mnie bardzo wspierały, odwiedzały i dokarmiały za co im bardzo dziękuje. Myślę, że już nigdy nie wrócę na oddział onkologiczny, chyba że w formie wolontariatu. Od niespełna 3 lat jestem wolontariuszem w fundacji Trzeba Marzyć, która spełnia marzenia dzieci głównie z oddziałów onkologicznych i hematologicznych. Spełnienie marzenia dziecku daje mi wiele radości i sił do każdej walki o zdrowie i życie.

Pomagają nam

magodent.fw magodent.fw clockwork janssen novartis fakraczki.fw osobyprywatne.fwpolskalive crosfit 100x70pjurella

Zapisz

Współpracujemy

pkopd.fw pkopd.fw pkopd.fw pkopd.fw pkopd.fw pkopd.fw aaa.fwalivia.fwfpzycie.fwfsm.fwinstytut.fwkidl.fwmagodent.fwpocancerowani.fwrak n roll.fwrenowa.fwrenowa.fw 

Zapisz